Średnia wartość średniej

W dniu 28 kwietnia 2008 ukazał się wywiad, który z Łukaszem Ługowskim przeprowadziła Edyta Gietka.
Jest on jednym z cyklu artykułów jaki ukazał się w Polityce („I'm lepszy”) o wyzwaniach edukacji.

Średnia wartość średniej

Zaczynamy (pod tekstem znajdują się wejścia do innych artykułów z tego cyklu):

Rozmowa z Łukaszem Ługowskim, dyrektorem podwarszawskiego gimnazjum i liceum, dla tych, którzy nie muszą się ścigać.

Czy warto posyłać dzieci do elitarnych szkół? Czy rywalizacja jest nieuchronna we współczesnej edukacji? Czyż młodzież jest tylko instrumentem, gdy zwycięstwo w wyścigu na laury staje się celem nadrzędnym szkoły? Zachęcamy do wypowiedzi na forum.

Edyta Gietka: - Do jakiej szkoły posłał pan syna?

Łukasz Ługowski: - Do uważanej za elitarną przy ul. Bednarskiej. Podobała mi się kombinacja elitaryzmu przy jednoczesnym mocnym luzactwie. Coś fajnego tam się dzieje: zajmują się dzieciakami z domów dziecka, dzieciakami uchodźców, mają własny sejm, rząd i sąd. Syn nie był ani wybitny, ani ostatni. Dawał sobie radę bez wysiłku ponad swoje możliwości. I dobrze.

Dlaczego do swojej szkoły, do Kąta, go pan nie wziął?

Bo nie chciał. Żeby było jasne - nie mam nic przeciwko elitaryzmowi w oświacie. Jestem za tym, żeby obok takiej szkoły jak moja były szkoły elitarne, męskie, żeńskie, zakonne i jakie kto chce. O tym marzyłem w czasach tamtego ustroju - o różnorodności, wolności pójścia i wyjścia. Wtedy wszystkie szkoły były takie same - od programu edukacyjnego po lamperie na korytarzach. Dobrze, że jest szczecińska „trzynastka”, kuźnia olimpijczyków, i mój nieelitarny (albo elitarny inaczej) Kąt. Jest popyt - jest podaż. Oni spełniają marzenia i ja, na tym polega demokracja. Gdy do Kąta przyszli katoliccy redaktorzy, nie podobało się im, że klasy są pomazane, korytarze wysprejowane, jeden uczeń w glanach, inny w czarnej marynarce, że na ścianach można wieszać swoje wiersze. Napisali o tym swoim niepodobaniu i bardzo dobrze! Tak samo może się Kąt nie podobać rodzicowi, który przyjdzie rozejrzeć się za szkołą dla dziecka. Ważne, żeby wiedział, co kupuje, nie dostał kota w worku. Jeśli obie strony, rodzic i dziecko, chcą wciągnąć się w ryzy wiecznego prymusostwa, czemu nie?

Skąd popyt na elitarność w edukacji?

Bo lubimy się nawzajem klasyfikować. Przez elitarność też. W komunizmie nawet jeśli ktoś nie był specjalnie wykształcony, starał się być inteligentniejszy, niż jest i - choć zabraniali, a może właśnie dlatego - stawał w kolejce po tomiki Miłosza. Dziś nie musimy się snobować na etos inteligencki. Jest pragmatyzm. Uważa się - i słusznie - że wykształcenie zapewnia prestiż społeczny i pieniądze, a to jest dziś najważniejsze. W kapitalizmie się inwestuje. W dzieci też. I nie sądzę, że z wyrachowania, myślenia w stylu: jak wyedukowane do maksimum dziecko będzie duże, zapewni potem byt i utrzymanie inwestorom. Rodzice lubią być dumni ze swoich dzieci. Mój syn ma teraz 20 lat i też uwielbiam być z niego dumny. To biologia, kawałek mnie, krew z krwi, nic cynicznego. Teraz studiuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Moim samochodem jeździ lepiej niż ja, z czego też jestem dumny.

Każdy by chciał wszystko swojemu dzieciakowi zapewnić. A skoro dziś można wybierać? Należy wdrażać je do aspiracji, przeświadczenia, że człowiek powinien mierzyć wysoko, najwyżej, jak można. Ale trzeba też zachować wolność wyboru i wolność wyjścia. Myślę, że dyrektor „trzynastki” też w jakiś sposób tę wolność oferuje. Bo gdy uczniowie zdobywają kolejne papierki, laury, olimpiady, indeksy, rozszerzają sobie przecież margines wolności. Ja w każdej chwili mogę być cieciem w mojej szkole, ale mój cieć nie może być dyrektorem, gdyż - abstrahując od umiejętności - zdobyłem ileś kwitów, czyli mam większy ów margines wolności.

Jest granica w dążeniu do ekskluzywności dziecka? Gdzie?

W jednym z renomowanych liceów warszawskich, o którym wiadomo, że aby podciągać wynik, współpracuje się z dużą grupą korepetytorów, parę lat temu była fala samobójstw. Dzieci nie wytrzymywały psychicznie nałogu, jakim jest ściganie. Bo rywalizacja, tak jak wagary, może stać się nałogiem. Jeden i drugi jest szkodliwy.

Gdzie granica? Moja mama mówiła, że małe dzieci dzielą się na szczęśliwe i czyste. Szczęśliwe to te, które wychodzą w niedzielę na spacer albo wracają z początku roku szkolnego w krawatach i po drodze - jak mój syn kiedyś - mogą się ufajdać w piaskownicy. Chodzi o równowagę, żeby nie popaść w paradoks i - że powtórzę za Lecem - nie upowszechniać elitaryzmu na siłę, bo upowszechniony staje się szaleństwem. A każdego szaleństwa należy się strzec - zarówno w elitaryzmie, jak i w nadmiernej wolności. Propagujmy zatem wśród dzieciaków elitaryzm, ale tylko wtedy, jeśli są w stanie mu sprostać bez patologicznego wysiłku.

Jest i drugi paradoks. Znam blisko rodzinę wybitnych muzyków. Ich dzieci miały stracone dzieciństwo, ale jak już powieliły scenariusz i stały się wybitnymi muzykami, były wdzięczne ojcu, który ich katował tą muzyką. Z własnej woli nie ćwiczyłyby, wolałyby być na boisku, a nie mogły ze względu na delikatność w palcach.

Ile jest wolności w rywalizacji? Zamykasz w jednej szkole czy klasie najlepszych z najlepszymi. I klops, bo nawet jak jesteś drugi, czujesz się przegrany, musisz się ścigać dalej.

Skoro się decyduję, że dziecko posyłam do szkoły nastawionej na wynik, to wiem, że coś mu zabieram i coś daję jednocześnie. Zabieram boisko, daję ciągłe poczucie ścigania się, bo najlepszy i tak będzie tylko jeden, ale to ściganie przyszłość zrekompensuje wspomnianym większym marginesem wolności. Pewnie trudno żyć w ciągłej rywalizacji, obsesyjne liczenie średniej wyczerpuje. Coś za coś. W mojej szkole nie przywiązuję wagi do średniej. Nie oceniam po niej uczniów. Bo co to ta średnia? Jak w tym dowcipie: co to jest statystyka? Statystyka jest jak kostium bikini, niby wszystko odsłania, ale najważniejsze rzeczy są i tak niewidoczne. Ale to moje zdanie. Dyrektorzy też mają być różni, żeby było w czym wybierać.

A jak za dziecko wybrali rodzice, można jechać na amfetaminie, zdobywać, rozpychać się, żeby sprostać marzeniom taty…

Często (choć rzadziej niż kilka lat temu) naukowe sukcesy dzieciaki zaliczają na wspomaganiu spidami. Gdy w 1993 r. w krwiobieg weszła amfetamina, kompletnie zmieniła się filozofia brania. Za moich czasów jechało się na wieś po mak, robiło kompot i grzało, bo świat był do dupy, „wszystko gówno, oprócz moczu”. Dziś bierze się po to, żeby się wyrobić w tym świecie, być cały czas w gotowości. Z nieopublikowanych badań wśród uczniów trzecich klas czterech liceów warszawskich z 1992 r. wynikało, że po inicjacji narkotykowej było około 20 proc. (między innymi, by łatwiej się nauczyć i zaliczyć). W 1996 r. - około 20 proc. nigdy nic nie brało (między innymi ignorując cele naukowe).

Godzinę temu rozmawiałem z uczennicą liceum o ambicjach elitarnych. Zbierała piątki, superprymuska, ale chce odpuścić, już nie może trzymać tempa. Jakiś rozsądny pedagog szkolny doradził jej Kąt. Na razie przyszła sama, bo rodzice się buntują, że się opuściła, słucha głośnej muzyki, zamiast przynosić szóstki, bo dobrze jest mieć maturę z markowej szkoły. Z mamą dogaduje się przez babcię. To jest dla niej szok - nie sprostała obrazowi, który sobie wytworzyli rodzice. Ma wobec nich poczucie winy, że oczekiwali Bóg wie czego, a ona ma ochotę zająć się muzyką, zbuntować się. To jest jej świat. Jak mamy 16, 17 lat, często wchodzimy w coś w całości.

A rodzice często mówią o swoim dziecku w liczbie mnogiej: „podjęliśmy decyzję”. Jakby kupowali dziecku buty nie mierząc ich.

Pół biedy, gdy rodzice oczekują, że dziecko będzie na ich obraz i podobieństwo. Gorzej, jak na obraz i podobieństwo wyobrażeń. Sprostać obrazowi rodziców byłoby łatwiej, niż sprostać ich wyobrażeniom, że syn, córka będzie superlekarzem, prawnikiem, KIMŚ, bo rodzina niżej doktoratu nie schodzi. Albo: mnie się nie udało, bo dorastałem w komunizmie, a nawet jak mi się udało, to nie aż tak, jak chciałem. Dzieci przez jakiś czas są zaczarowane tą chęcią rodziców, próbują. Ale jeśli zdarzy się bunt, dobrze go uszanować, pamiętać, że bunt młodych jest wpisany w rozwój. Kiedy dzieciak się nie buntuje lub zrobi to po trzydziestce, bo zorientuje się, że papier nie jest nadwartością, to jest dopiero porażka.

Jeśli się zbuntuje w porę, może przyjść do Kąta?

Jako dyrektor Kąta powinienem się cieszyć, że istnieją szkoły nastawione na wynik. Dzięki nim cały czas mam nabór. I zawsze dużo więcej kandydatów niż miejsc. Zdarza się, że przychodzą dzieciaki z elitarnych szkół, bo chcą się wyautować z rywalizacji. Często są już po próbach samobójczych (żeby było jasne - takie próby nigdy się nie zdarzają z jednego powodu). Albo są po wspomagaczach traktowanych jak kawa. Brali je w celu wyrobienia się. Ale amfa działa 500 razy skuteczniej niż kofeina. Wiedzą z miasta, że nie mam genialnych wyników, nawet nie wszyscy zdają, ale dobrze się można u mnie poczuć w czasach testów, wyników, rankingów.

Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej po komunizmie w szkole było więcej nudy - wynik, test, ranking, punkty, procenty. To są standardy europejskie. Staram się działać na ich pograniczu.

Dlaczego nie każe pan dzieciom nosić mundurków?

Bo nie przykładam wagi pierwszorzędnej do spraw drugorzędnych. Jak ktoś ma potrzebę, niech sobie kupi mundurek albo różową spódnicę. Kiedy oni mają się wyrażać strojem? Jak zezgredzieją? Mnie w szkole tępili za długość włosów i - mimo że jakość moich włosów jest już nie ta sama - nadal próbuję iść w długość, bo to mi zostało, moje włosy są dla mnie ważne ideologicznie.

Nie mam zaufania do snobowania się ani na mundurki, ani na patronów. Parę lat temu miałem pomysł, że nazwę swoją szkołę im. Jacka Kuronia. Ale doszedłem do wniosku, że za chwilę wszyscy zapomną, kto to Kuroń, będzie zupełnie martwym popiersiem odlanym z gipsu, a to by obrażało Jacka. O ile wiem, Agnieszka Osiecka patronuje takiej szkole, gdzie chodzi trzy czwarte „dresów”, ale istotne, że mieści się blisko Saskiej Kępy.

Kapituły konkursów co rok wyrażają nadzieję, że olimpijczycy wejdą do elity, będą podnosić poziom dyskursu publicznego. A pana absolwenci? Czy sprzedają frytki tym, którzy pokończyli szkoły elitarne? To się jakoś przekłada?

Nie wiem. Podejrzewam, że Leszek Balcerowicz był prymusem. Kilku moich profesorów na polonistyce na pewno nie było. I byli świetni. A moi absolwenci? Różnie. Jeden jest wykładowcą filozofii, drugi sprzedaje frytki, trzecia jest znaną aktorką, ktoś robi w agencji reklamowej, jest tłumaczem hiszpańskiego, sporo w Irlandii, kupa kończy studia... Są ekologami, walczą o Wisłę, niewycinanie drzew, żyją w myśl maksymy - kawał świata na mojej głowie. Tak samo jak ci z - elitarnej podobno - Bednarskiej.


GÓRA         START        

©2007-2016 Łukasz Ługowski, Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii nr 2 „KĄT”. Wykonanie:
Licencja Creative Commons - zdjęcia, rysunki i obrazy należą do uczniów i pracowników MOSu „KĄT”; kilka przyjaciół i znajomych

Podziękowania: Uczniowie, nauczyciele & „KĄTowi” przyjaciele!